Zgłoś chęć udziału
Formularz rejestracyjny otworzymy 2 kwietnia 2025. Zgłoś już teraz chęć udziału i pozostańmy w kontakcie.
13 grudnia 2024
Tomasz Terlikowski
Więź
Marcin Kędzierski
Gniezno1000
Członek Prezydium XII Zjazdu Gnieźnieńskiego
Tomasz Terlikowski (Więź): Porozmawiamy trochę o polityce i Kościele, ale zacznę nie od pytań ogólnych, ale od kilku wydarzeń, które miały miejsce. No i właśnie: czy miały miejsce jako schyłek pewnej epoki, czy jako wyraz pewnej frustracji, czy też są jednak pewną tradycją? Chodzi oczywiście o zaangażowanie sześciu duchownych, niektórych dość znanych, niektórych wcale nie pierwszy raz, w komitet wyborczy – obywatelski oczywiście – dr. Karola Nawrockiego. Jesteś zaskoczony, że duchowni się angażują w takie sytuacje? Mimo że już tyle razy to przerabialiśmy i tyle razy się angażowali, tyle razy było mówione, że nie powinni i wciąż jest to samo.
Marcin Kędzierski: Nie jestem zaskoczony. Przypomnę, że abp Sławoj Leszek Głódź po przejściu na emeryturę został sołtysem i to też wzbudziło wiele kontrowersji. Więc nawet najwyżsi hierarchowie mają problem z oddzieleniem zaangażowania społecznego od politycznego. Ja rozumiem argument mówiący, że osoby duchowne są także obywatelami, ale jednak zachowanie tej separacji od zaangażowania partyjnego, nawet jeżeli to jest kandydat obywatelski, byłoby czymś, co by Kościołowi służyło. Takie zaangażowanie Kościołowi raczej nie służy.
Kościół musi być zaangażowany w sferę polityczną, to jest jedno z Jego podstawowych zadań, bo wiara jest rzeczywistością publiczną, nie prywatną. Ale to nie oznacza, że ma się angażować w życie partyjne. Kościół powinien tworzyć czy przemieniać rzeczywistość polityczną, a nie wpisywać się w tą istniejącą, bo ta istniejąca niestety wiele dobrego do zaproponowania nie ma.
Precyzyjnie rzecz biorąc także w przypadku abpa Głódzia nie zostało złamane prawo kanoniczne, bo funkcja sołtysa nie jest funkcją polityczną. Kodeks Prawa Kanonicznego zakazuje uczestnictwa w partiach politycznych, Komitet wyborczy nie jest partią. Taka jest litera prawa, ale oczywiście co do zasady w pełni się zgadzamy. Skąd się bierze taka potrzeba części duchownych, żeby jednak w tę przestrzeń wprost partyjną się angażować? Oczywiście polityka, o tym za chwilę pewnie powiemy, nie jest przestrzenią zakazaną, ale skąd taka silna potrzeba, żeby właśnie w rzeczywistości politycznej dopatrywać się tych elementów kluczowych? To nie jest jedyny taki moment. Pewien znany kaznodzieja wprost mówi, że Trump jest nadzieją dla chrześcijan, człowiekiem z ręką Boga na głowie i że to on przez rozmaite prywatne wizje i prywatne przepowiednie jest wskazywany jako ten, który uzdrowi świat.
Myślę, że jest takie przekonanie, nie bezpodstawne, że polityka jest tą przestrzenią, gdzie są podejmowane realne decyzje. A jeśli tak, to muszą tam być ludzie Kościoła. Część duchownych ma przekonanie, że to także oni powinni brać udział w tym sporze politycznym, uznając, że takie kwestie, jak choćby finansowanie Kościoła czy np. temat budzący wiele kontrowersji, czyli edukacja zdrowotna, to debaty, w których Kościół musi być obecny.
Jak rozumiem, ci duchowni mają przekonanie, że muszą być także osobiście zaangażowani w ten spór, po to, żeby trzymać rękę na pulsie i nie dopuścić do jakichś zmian, które w ich odczuciu byłoby niekorzystne z perspektywy nauczania Kościoła.
No dobrze, ale akurat to już Jan Paweł II bardzo jasno mówił, a także jego poprzednicy, że od tego zaangażowania oczywiście Kościół nie ucieka, ale przeznacza je dla osób świeckich. To znaczy to jest autonomia osób świeckich. Oni nie sprawują sakramentu Eucharystii, bo nie mają takiej władzy, ale za to mają władzę i mają potencjał, żeby sprawować władzę świecką i zastępowanie ich jest, najdelikatniej rzecz ujmując, pewną formą klerykalizmu, ale też pewną formą uzurpacji władzy, której duchowni nie mają.
To ja podam taki konkretny przykład pokazujący, z jakim problemem mamy do czynienia. Tym problemem jest elementarny brak zaufania ze strony hierarchii Kościoła do świeckich. Weźmy tą nieszczęsną edukację zdrowotną. W ostatnich tygodniach pojawiły się głosy z dwóch stron. Jest list otwarty w obronie edukacji zdrowotnej, który ty też podpisałeś, czy m. in. Błażej Kmieciak. Z drugiej strony mamy protesty na ulicach niektórych środowisk chrześcijańskich, które oponują przed taką formą wprowadzenia edukacji zdrowotnej i seksualnej w szkołach. Czy my się możemy jakoś porozumieć? Czy np. możemy wypracować takie materiały, podręczniki do edukacji zdrowotnej, które byłyby w szkołach, a jednocześnie realizowałyby te oczekiwania, które dzisiaj zgłasza wspólnota Kościoła? Czyli np. pokazywałyby bardziej relacyjną perspektywę seksualności. Myślę, że nawet gdybyśmy jako chrześcijanie, często podzieleni dzisiaj, mający różne perspektywy, doszli do jakiegoś konsensusu i przygotowali taki podręcznik, takie materiały i bylibyśmy z tego zadowoleni – to byłoby, według mnie obiektywnie dobre dla wspólnoty Kościoła – to mogłoby istnieć w kierownictwie Episkopatu przekonanie, że to jest zagrożenie. Po pierwsze dlatego, że Episkopat nie miałby nad tym kontroli, a po drugie byłoby to sprzeczne ze stanowiskiem, które sam Episkopat wydał.
Dlatego Kościół czasem woli nie zrobić stu dobrych rzeczy, żeby nie popełnić jednego błędu, niż pozwolić sobie nawet na pewne błędy, które mogą się wydarzyć, bo przy normalnym działaniu to jest przecież całkowicie oczywiste, że takie błędy się pojawiają. No ale powiedzmy sobie wprost, stworzenie takiego choćby podręcznika do edukacji zdrowotnej byłoby pewną wartością. A nie mam przekonania, aby z łona samego Episkopatu wyszła inicjatywa, która by doprowadziła do powstania takiego podręcznika.
Powiem więcej, moja obawa jest taka, że biskupi zaprzeczają nie tylko jakimś postulatom jakiejś części środowisk katolickich. Oni zaprzeczają własnym stanowiskom, ponieważ nie dostrzegli w tym programie elementów, które są zawarte w ich stanowisku. Tam jest np. cały element prewencyjny i on jest spójny z tym, co przyjęli biskupi w swoich dokumentach, ale o tym w dokumencie biskupi nie wspomnieli, co może sugerować, że oni sami nie wiedzą, jakie dokumenty przyjęli wcześniej, czyli nie mają kontroli nawet nad własnym przekazem.
Mogli też nie mieć do końca świadomości tego, co jest w tym programie.
Chcesz powiedzieć, że biskupi przyjęli dokument potępiający edukację zdrowotną i wcześniej nie przeczytali podstawy programowej? Nie wiedzieli, co tam jest? Może jeszcze nie wiedzieli, co przyjęli we własnych dokumentach? No jeśli tak, to w ogóle nie ma o czym rozmawiać, bo to znaczy, że to jest grupa panów, którzy wydają stanowiska w rytm oczekiwań pewnej grupy społecznej, a nie zastanawiają się, nie analizują polityki, czyli są po prostu niepoważni.
Ja nie wiem, jak było. Nie chcę oskarżać całego Episkopatu albo poszczególnych biskupów, natomiast faktycznie mam problem z niektórymi stanowiskami Episkopatu. Jest też pytanie, czy to jest stanowisko wszystkich biskupów, czy to jest stanowisko np. jakieś grupy, która w tym temacie jest zaangażowana? Czy to jest stanowisko jakichś środowisk, które stoją za określonymi biskupami?
Mam wrażenie dużego chaosu komunikacyjnego, który w dużej mierze wynika z tego – ja to jakoś rozumiem, chociaż się z tym nie zgadzam – że
Mieliśmy wprowadzenie do życia w rodzinie, ono działało, jak działało, nie było obowiązkowe, mieliśmy problemy, ale nie wprowadzało rewolucji. A dwie naczelne zasady polskiego Kościoła, nie tylko polskiego – i nie tylko Kościoła, obserwuję ją choćby w świecie akademii – po pierwsze zawsze tak było, a po drugie nigdy tak nie było. Dzisiaj mówimy o edukacji zdrowotnej, która ma rozwiązać jakieś problemy i faktycznie w tym programie znajdują się postulaty wprost wynikająca z nauczania Kościoła. Chociaż to też trzeba jasno podkreślić, że ten program nie jest całkowicie niekontrowersyjny. Ale nawet jeżeli znajdują się tam takie postulaty, które byłyby pożądane z perspektywy nauczania Kościoła, to właśnie w myśl zasady „nigdy tak nie było” oraz „zawsze tak było”, lepiej niczego nie zmieniać, ponieważ to może rodzić jakieś zagrożenia.
Mam świadomość, że Barbara Nowacka jest politykiem, co więcej wywodzi się ze środowisk nie tylko lewicowych, ale także otwarcie antyklerykalnych. Ale ona słusznie zauważyła, że państwo nie ingeruje w treść podręczników szkolnych do katechezy, więc dlaczego biskupi, mieliby ingerować w podręczniki dotyczące edukacji zdrowotnej? O ile katolicy świeccy mają pełne prawo wypowiadać się na temat edukacji zdrowotnej, o tyle byłoby bezpieczniej, gdyby biskupi w tej sprawie byli bardziej powściągliwi, właśnie ceniąc sobie rozdział państwa i Kościoła albo ceniąc sobie sytuację, w której państwo nie ingeruje w treść podręczników do religii. Chociaż moim zdaniem czasem powinno, jak czytam niektóre z nich, bo bywają tam treści kompletnie chore także z perspektywy nauczania Kościoła.
Ja myślę, że w przypadku programu kształcenia i podręczników sprawa jest nawet prostsza. Podstawa programowa to pewna ogólna rama, którą wypełniają treścią konkretne podręczniki oraz nauczyciele na poziomie poszczególnej szkoły.
Podam przykład z ostatnich kilku lat. Mieliśmy ogromną debatę wokół przedmiotu historia i teraźniejszość wprowadzonego przez ministra Przemysława Czarnka. Mieliśmy podstawę programową i później podręcznik prof. Wojciecha Roszkowskiego, który spotkał się z ogromną krytyką społeczną i wzbudził duże kontrowersje. Równolegle wydawnictwo.. chyba nawet WSIP wydał drugi podręcznik do tego przedmiotu, który realizował podstawę programową, ale nie był napisany przez prof. Roszkowskiego, nie rodził aż tyle kontrowersji. I zdecydowana większość, to jest prawie 100% nauczycieli wybrało ten drugi podręcznik.
Gdyby w środowisku Kościoła, także biskupów, powstała inicjatywa, żeby wypracować podręcznik do edukacji zdrowotnej, który byłby zgodny z relacyjnym postrzeganiem seksualności, to spokojnie umiem sobie wyobrazić, że taki podręcznik funkcjonowałby z powodzeniem w większości polskich szkół, realizując pewną ogólną postawę programową.
Ten spór tak naprawdę dotyczy bardziej kwestii politycznych niż tego, czego będą się uczyły dzieci w szkołach. Naprawdę niespecjalnie umiem sobie wyobrazić nauczycielkę biologii w szóstej klasie szkoły podstawowej czy siódmej, która ma przed oczami dwudziestu kilku nastolatków i ona będzie z nim rozmawiała np. o technikach masturbacji…
Tego nie ma w programie zresztą.
Po pierwsze tego nie ma w programie, ale nawet gdyby było w tej ogólnej ramie, to trudno sobie wyobrazić, żeby taka nauczycielka, mając świadomość, że może być nagrywana przez swoich uczniów, będzie wchodziła w tak wrażliwe kwestie.
W ogóle edukacja dzisiaj wymaga ogromnej przemiany z takiego podejścia właśnie klasowo-lekcyjnego na model relacyjny. Zwłaszcza ta edukacja seksualna, musi się odbywać w takim wymiarze bardziej intymnym, relacyjnym, takiego jednostkowego spotkania osoby z osobą. Natomiast nawet w obecnym modelu Kościół spokojnie mógłby wypracować podręcznik realizujący podstawę programową, która jest ogólna i co do zasady nie jest sprzeczna z tym, czego Kościół naucza.
Ja bym dodał jeszcze jeden element, zresztą dość zabawny, bo nawet Katarzyna Lubnauer o tym powiedziała, a wywołała w ten sposób skandal po stronie lewicowej, że przecież katecheci mogą iść na te studia podyplomowe. Ja bym dodał: Kościół może na uczelniach prywatnych albo kościeno-państwowych (UKSW, KUL) otworzyć studia podyplomowe dla nauczycieli edukacji zdrowotnej. Tak naprawdę kluczowe jest to, czego uczy nauczyciel, o czym powiedziałeś – nawet nie to, co jest podręczniku. Moje dzieci chodziły na HIT i wcale nie był to przedmiot skrajnie skrajnie prawicowy czy skrajnie wykręcony w jakąś stronę. Wszystko zależało tak naprawdę od nauczyciela jeszcze bardziej nawet niż od podręcznika.
To jest zaproszenie do działania, do aktywności – tak naprawdę to jest pewna szansa. Jak papież Franciszek mówi o tym, że edukacja seksualna jest potrzebna, ważna i co więcej: my w tym obszarze, jako chrześcijanie, jako katolicy, jesteśmy jeszcze w powijakach, to powinniśmy traktować to jako właśnie wyzwanie i szansę. Od wielu lat o tym mówi, nie było takiego bodźca, który by sprawił, że to się wreszcie zadzieje. Powstanie takiego przedmiotu i tej podstawy programowej jest właśnie takim bodźcem, który może skłoni nas do tego, abyśmy w tym obszarze politycznie jako chrześcijanie zareagowali. W tym obszarze edukacji seksualnej choćby wychowując dzieci, też jako rodzice szukamy pewnych inspiracji i biorąc udział w różnych spotkaniach, w webinarach czy szkoleniach dla rodziców, cały czas słyszymy z żoną, że mamy robić wszystko byle nie standardy WHO dotyczące edukacji seksualnej. No dobrze, ale co w zamian? Ciągle brakuje tej pozytywnej odpowiedzi. Ja mam wrażenie, że to jest właśnie trochę w duchu tego „zawsze tak było” albo „nigdy tak nie było”.
To jest trudne, trzeba mieć odwagę, żeby się zmierzyć z rzeczywistością. Ja myślę, że to jest podstawowy problem, że nam brakuje tej odwagi. Dokładnie to samo dotyczy lekcji religii. Te zmiany, które dotyczą zmniejszania liczby religii w szkołach czy łączenia klas oczywiście w dotychczasowym modelu są problematyczne dla katechetów, mogą być problematyczne dla Kościoła, ale też tworzą pewną szansę. Przecież Kościół mógłby zatrudnić tych katechetów,
Zeszliśmy na edukację zdrowotną i kwestie katechezy, ale ja bym wrócił na chwilę do polityki. My, katolicy w Polsce, mamy tendencję do sprowadzenia wszystkich tych debat, właśnie do tych kwestii: seksualnych, zdrowotnych, ewentualnie jeszcze relacji państwo-Kościół. A jak się wczytać w teksty np. Starego Testamentu, to tam generalnie kwestie moralne, relacji państwo-religia, religia-jednostka są bardzo mocno społeczne. Jest mowa o ochronie sieroty, wdowy, o tym, czy mamy sprawiedliwe sądy wobec najuboższych, czy nie. Jest mowa o rzeczach, które oczywiście w nauce społecznej Kościoła są, są nawet dokumenty Episkopatu na ten temat, ale w takim potocznym myśleniu o tym, co Kościół mówi o polityce, są w zasadzie nieobecne, to znaczy mówi się: w tej sprawie katolik może wybierać, jak chce. Może być zwolennikiem Menzena i może być zwolennikiem Partii Razem – to znaczy mógłby, gdyby nie fakt, że Partia Razem ma inny światopogląd. Trochę zapominamy o tym, że polityka nie kończy się na kwestiach „okołorozporkowych”.
Tak, tylko mam wrażenie, że nasza percepcja jest niepełna albo przynajmniej w takiej świadomości społecznej nie dostrzegamy pełni rzeczywistości. Jak popatrzymy sobie choćby na listy Episkopatu o kwestiach społecznych w ostatnich 30 latach, to nie przypominam sobie, aby Kościół zajmował się innymi tematami niż tymi „rozporkowymi”, np. godnością pracy, systemem ochrony zdrowia czy innymi problemami społecznymi. Albo pojawiały się te tematy tak naprawdę zdawkowo. Pamiętam, że był list o tzw. „eurosierotach”, kiedy dzieci zostawały w Polsce, a rodzice wyjeżdżali do pracy po wejściu Polski do Unii Europejskiej. Ale to były jednostkowe przypadki.
Z drugiej strony jestem właśnie na gorąco po spotkaniu wspomnianego ruchu Gniezno1000, spędziliśmy dwa dni w Gnieźnie. Na tym spotkaniu byli przedstawiciele takich środowisk jak Magazyn Kontakt, czyli radykalnej katolickiej lewicy oraz Polonia Christiana 24, czyli skrajnie prawej strony debaty katolickiej. Pewnie te środowiska się bardzo od siebie różnią, ale jednocześnie łączy je choćby taka wrażliwość na prawa pracownicze. Więc to nie jest tak, że w Kościele tego nie ma, to się może nie przebija na poziomie hierarchii i listów pasterskich.
Dlatego, że Kościół chętnie się wypowiada na temat praw pracowniczych, pod warunkiem jeżeli nie dotyczy to pracowników Kościoła.
Tak, to jest faktycznie trudny temat, jeżeli chodzi w ogóle o umowy, oskładkowanie umów organistów, kościelnych czy choćby pracy sióstr zakonnych. Kościół Katolicki, w Polsce zwłaszcza, został ukąszony tym kapitalistycznym, neoliberalnym żądłem. To nie znaczy, że wśród osób zaangażowanych w różne ruchy kościelne nie widać rosnącej frustracji także na ten wymiar i to jest od kościelnej prawicy po kościelną lewicę.
Gdybyśmy jako chrześcijanie w ramach współpracy między tymi środowiskami zaczęli głośniej mówić np. o tym wymiarze, to by się okazało, że istnieje jakaś jakaś wspólnota, właśnie zajmowania się ważnymi tematami społecznymi, nie „okołorozporkowymi”. W sytuacji, w której polskie społeczeństwo się bardzo szybko indywidualizuje, to widać w badaniach choćby CBOSu, także w tym najmłodszym pokoleniu, tempo tej turbo indywidualizacji przyspieszyło po pandemii, to mam wrażenie, że dzisiaj Kościół ma do odegrania ogromną rolę w przestrzeni publicznej, przestrzeni społecznej, wreszcie w przestrzeni wprost politycznej i może to robić także za pośrednictwem tych wspólnot i środowisk. Niekoniecznie sami biskupi, bo tak jak mówię, oni funkcjonują w rzeczywistości głównie lat 90-tych, czyli zgodnie z tym modelem „nigdy tak nie było”, „zawsze tak było” i po prostu obawiają się wprowadzenia pewnych zmian. No bo mogłoby to oznaczać choćby konieczność podwyżek dla osób, które dzisiaj pracują przy Kościele czy wokół Kościoła.
Powiedziałeś, że wracasz z Gniezna, że tam były rozmowy ludzi z różnych stron, to bardzo ciekawe. Nie chcę tutaj grać jakąś pokoleniową nutą, ale można odnieść wrażenie, że pokolenie lat 90-tych było dużo bardziej dotknięte interpretacją neoliberalną także nauczania Jana Pawła II. Mam na myśli np. teokonserwatystów amerykańskich, Weigela, Novaka czy w Polsce o. Ziębę. W tej chwili takie interpretacje odeszły, mamy pokolenie Franciszka, który w kwestiach gospodarczych jest społecznie bardzo wrażliwy, by nie powiedzieć wprost lewicowy. Benedykt XVI zresztą też taki był. Ale czy w tym młodszym pokoleniu katolików widzisz większą wrażliwość na kwestie społeczne? Czy jednak wciąż ten neoliberalizm w różnych wydaniach jest dominującą interpretacją nauczania społecznego Kościoła?
To jest pytanie, jak definiujemy młodsze pokolenia, bo przecież Centesimus annus to rok 1991 i jeżeli to była ta interpretacja, która dominowała wówczas w pokoleniu 30-latków, to byli ludzie urodzeni w latach 60-tych, te osoby dzisiaj są już po sześćdziesiątce. Już nawet z encyklika Caritas in veritate Benedykta XVI była bardzo lewicowo wrażliwa.
Benedykt był tutaj takim socjaldemokratą niemieckim, tak bym powiedział…
Ale papież Franciszek to kontynuował. Jakby spojrzeć tak pokoleniowo, to tak naprawdę osoby, dzisiaj w wieku 40 plus, zaangażowane w życie Kościoła, nawet jak nie zgadzają z papieżem Franciszkiem, choćby w kwestiach obyczajowych (vide Amoris laetitia), to w kwestiach środowiskowych czy gospodarczych jest im do papieża już znacznie bliżej. To są czterdziestolatkowie, podobnie jak ja, a nie uważam się za osobę młodą, więc myślę, że Kościół już się wyraźnie zmienił. Te poglądy mocno neoliberalne w samym Kościele są raczej obecne w pokoleniu 60 plus, które oczywiście wciąż jest liczne, ale choćby ze względów takich fizycznych jest coraz słabiej zaangażowane. I dzisiaj o obliczu tego Kościoła nie hierarchicznego, Kościoła świeckich, decydują trzydziesto-, czterdziesto-, pięćdziesięciolatkowie albo bardzo aktywnie wchodzący dwudziestolatkowie, ale oni już w ogóle są pokoleniem papieża Franciszka, które ma taką wrażliwość, już bardzo proekologiczną czy prospołeczną.
Pamiętajmy też, że mówimy o elitach – o części elit, bo oczywiście także w latach 90. w polskim Kościele pokolenie trzydziesto- czterdziestolatków było podzielone. Powiem to trochę wbrew sobie: wtedy Radio Maryja było głosem wykluczonych. To, że potem poszło w bliską współpracę z rządzącą prawicą, to inna rzecz, ale w latach 90-tych to był głos ludzi wyrzuconych na margines przez neoliberalną wersję społecznej reformy w Polsce.
To kontrowersyjna teza, ale myślę, że za 100 lat będziemy stawiali pomniki ojcu Rydzykowi właśnie za to, że potrafił odpowiedzieć tak godnościowo na potrzeby ofiar gospodarczej transformacji w Polsce.
Oczywiście to jest elitarne, ale z drugiej strony, jak popatrzymy na tempo sekularyzacji w Polsce, to Kościół będzie się stawał coraz bardziej elitarny. To jest zarówno zagrożenie, ale i szansa, żeby ten przekaz był mniej – przepraszam za określenie – „rozmemłany”.
Nie identyfikują się także dlatego, że np. są zgorszeni skandalami seksualnymi i dzisiaj może im ciężko się utożsamić ze stanowiskiem biskupów. Im może być łatwiej utożsamić się choćby z taką agendą środowiskową. Przecież encyklika Laudato si, która dotyczy właśnie kwestii środowiskowych czy wreszcie encyklika Fratelli tutti, która mówi o takim zbiorowym braterstwie, to jest coś, co odwołuje się do wrażliwości bardziej lewicową.
Papież Franciszek napisał też książkę Powróćmy do marzeń, która jest taką popularną wersją encykliki Fratelli tutti i w tej książce mamy wypowiedzi choćby Mariany Mazzucato czy Kate Raworth, czyli ekonomistek jednoznacznie kojarzonych z tą bardziej lewicową perspektywą na nauczanie ekonomii i wydaje mi się, że to jest szansa.
Oczywiście ja nie mówię, że teraz Kościół będzie jednoznacznie stawał z lewej stronie barykady w tych sporach ekonomicznych, ale przynajmniej nie będzie się koncentrować wyłącznie na wątkach czysto obyczajowych czy światopoglądowych, ale będzie też dotykał tych bardzo palących problemów dotyczących ochrony środowiska naturalnego, ochrony klimatu, no, ale także choćby rozwoju sztucznej inteligencji i tych wyzwań, które dzisiaj wiążą się z rosnących uzależnieniem, zwłaszcza młodego pokolenia od platform społecznościowych.
Uczciwie trzeba powiedzieć, że Jan XXIII i Paweł VI w niektórych kwestiach także zajmowali stanowisko nazwijmy je w tamtej polityce lewicowym, to jest bardziej skomplikowane. I Jan Paweł II, jakby uważnie przejrzeć jego nauczanie, także był bardzo prospołeczny. Miał takie momenty, w których można go było interpretować trochę bardziej liberalnie, ale jest masa miejsc, gdzie on jest jednoznacznie prospołeczny, więc ten obraz jest bardziej skomplikowany.
Nie, to nie jest skomplikowane, to jest bardzo proste. Jak się czyta choćby Populorum progressio, czyli encyklikę Pawła VI z 1967 roku, do której bardzo mocno się odwoływał Benedykt XVI w Caritas in veritate w 2009 roku, to widać bardzo proste linie, które łączą te dwie encykliki. Zresztą Laborem exercens Jana Pawła II jest bardzo prospołeczną encykliką, a nawet Centissimus annus, które uznawane jest w środowiskach katolickich za taką encyklikę bardziej prorynkową, liberalną – w dużej mierze ona jest liberalna, dlatego że mamy taką recepcję albo takie omówienia tej encykliki. Gdybyśmy poczytali ją dokładnie, to tam jednak papież jest bardzo ostrożny i pokazuje, że prymat kapitału, może grozić tym samym, przed czym przestrzegał Marks, czyli alienacją, wyobcowaniem ludzkiej osoby.
Nie zapomnę wywiadu ze ś.p. Karolem Modzelewskim, działaczem opozycyjnym, ale też znawcą Marksa, który mówił, że podczas swoich pielgrzymek do ojczyzny np. w 1983 roku papież w kazaniach długimi passusami cytował fragmenty młodego Marksa i gdzie Modzelewski z rozbawieniem wspominał, jak patrzył na twarze działaczy komunistycznych, czy rozpoznają autora. Mówi, że nie było widać tam śladu refleksji.
Formularz rejestracyjny otworzymy 2 kwietnia 2025. Zgłoś już teraz chęć udziału i pozostańmy w kontakcie.
Rozmawiamy już długo o recepcjach, o receptach Kościoła. Pytanie: co to tak naprawdę ludzi w Polsce teraz obchodzi? Bo można odnieść takie wrażenie, że – no już pomijam, że na razie nie mamy tych głębokich recepcji wśród biskupów, one się pojawiają, wśród świeckich są debaty to prawda, także wśród niektórych duchownych – ale można też odnieść wrażenie, że ta postępująca laicyzacja u nas nie prowadzi wbrew takim czasami histerycznym reakcjom do jakiejś gigantycznej przemocy, ona prowadzi do obojętności. Efekt jest taki, że nawet jak biskupi wydadzą jakiś dokument, to tak szczerze mówiąc, wielkiego zainteresowania nim nie ma i nie ma oczekiwania, że Kościół hierarchiczny jakieś stanowisko w tych kluczowych kwestiach zabierze.
Ja bym nie wiązał wielkich nadziei z Kościołem hierarchicznym. Nawet nie dlatego, że jest do tego niezdolny, bo to zupełnie inna kwestia, ale dlatego, że w aktualnym kontekście społecznym po wydarzeniach ostatnich lat – po filmach Sekielskich, po wyroku TK ws. aborcji, po wielu różnych skandalach, w które Kościół był zaangażowany – po prostu dzisiaj nie ma takiego społecznego mandatu.
Myślę, że ta potrzeba będzie rosła. Żyjemy w jakimś momencie przełomu i to jest doświadczenie, które mam wrażenie, że jest coraz bardziej dostrzegalne przez osoby o różnych wrażliwościach, zarówno wierzące, jak i niewierzące, że choćby ze względu na zmiany technologiczne, rozwój sztucznej inteligencji, jak zmieniają się media z społecznościowe pod jej wpływem, że stajemy jakoś na rozdrożu i widzimy coraz wyraźniej, że coś nam się zmienia i coś nam wyraźnie ulatuje.
Jesteśmy gdzieś na progu jeszcze mocniejszej rewolucji, indywidualistycznej, która jeszcze mocniej nas zamknie w świecie wirtualnym. Jacek Dukaj mówi o „przeżywaczach” emocji. Mamy ten bezpośredni transfer przeżyć, odwołujący się tylko do tej warstwy zmysłowej, pomijającej w ogóle tę sferę racjonalną.
Mam wrażenie, że zarówno u wierzących, jak i niewierzących pojawia się coraz mocniej takie przekonanie, że trzeba dzisiaj myśleć o jakiejś alternatywie, która sprawi, że się nie pogrążymy w takim sensualnym przeżywaniu, także opartym choćby o pornografei, która dzisiaj święci tryumfy.
Już powoli taki trend obserwujemy, że ludzie uciekają z mediów społecznościowych, ale to jest trend, który obejmuje głównie klasę wyższą, która ma do tego zasoby. Teraz osoby z klasy pracującej często nie mają ani zasobów czasowych, ani finansowych, ani kulturowych, żeby taką atratywę znaleźć. I to jest w dużej mierze dzisiaj odpowiedzialność Kościoła rozumianego jako wspólnota wierzących, żeby tworzyć takie alternatywy, żeby tworzyć lokalne przestrzenie nawet takiego fizycznego spotkania, gdzie ludzie mogą wejść, mogą pogadać, mogą podzielić się swoimi troskami, mogą nawet popłakać wspólnie, bo mam wrażenie, że dzisiaj istnieje taka ogromna potrzeba takiego przeżycia wspólnotowego i mam naprawdę w ostatnich nawet dniach bardzo wiele przykładów, gdzie takie nieoczywiste spotkania ludzi, które zaczynają się od bardziej formalnych rzeczy, one kiedy dochodzi do takiego momentu dzielenia się swoimi przeżyciami, emocjami, trudnościami, wyzwalają wręcz łzy, bo ludzie mają taką dramatyczną potrzebę tego, żeby się wygadać i być wysłuchanym. To jest potrzeba, której nie da się zaspokoić w internecie, to może dać realna wspólnota. I to jest moim zdaniem dzisiaj ogromne wyzwanie dla parafii, bo parafia przy wszystkich swoich kłopotach, przy wszystkich swoich dzisiejszych słabościach, jest jednak taką strukturą, która ma choćby ten kościół, ma choćby te lokalne salki, czyli ma taką infrastrukturę, która może służyć, podobnie jak lokalne świetlice, OSP, domy kultury, biblioteki, żeby budować takie przestrzenie pokoju. To jest szansa dla parafii, okazja, żeby się wymyśliła na nowo jako alternatywa dla tego świata wirtualnego, w którym coraz mocniej będzie rządziła sztuczna inteligencja.
O tym piszesz zresztą w swoim głosie w debacie na łamach Klubu Jagiellońskiego na temat nowej chadecji. Twoja wizja jest taka, żeby właśnie w pewnym sensie tworzyć przestrzenie nowej kultury. To jest ciekawe, bo np. we Włoszech właśnie przez fakt, że jest jedna godzina religii w szkołach, powoduje, że jest druga godzina katechezy w parafiach i jest masę takich instytucji wokół parafialnych, które ściągają młodzież, dodajmy młodzież i dzieci, nie tylko rodziców wierzących, bo w tym pędzie za pracą, za zarobkami, dzieciaki po prostu mają się gdzie odnaleźć.
To jest ta cała kultura oratoriów i myślę, że choćby ta kultura oratoryjna może z powodzeniem funkcjonować w Polsce. Zresztą jest wiele przykładów, że ona w ten sposób działa. Ale ja bym tego nie ograniczał do dzieci i młodzieży. Oczywiście od tego może łatwiej zacząć, natomiast wciąż nam brakuje oferty choćby dla rodziców i to jest w ogóle niesamowita przestrzeń do działania. Tak jak mówimy o tym podręczniku edukacji zdrowotnej czy edukacji seksualnej prowadzonej nie wobec dzieci, tylko właśnie wobec rodziców, dlatego że my dzisiaj nie mamy specjalnie pomysłu w ogóle, jak pomagać rodzicom w wychowaniu dzieci, rodzice często są bezradni i szukają tego wsparcia. Mamy ogrom, jakiś grup internetowych, forów głównie dla kobiet, które wymieniają się opiniami, jak wychowywać dzieci, a przecież zarówno szkoła, jak i Kościół mogłyby też dawać taki know how dzisiaj rodzicom, jak w tym trudnym świecie, wprowadzać dzieci w dorosłość. A jednocześnie jak samemu się rozwijać. Przecież to nie jest tak, że my kończymy formację czy rozwój w wieku 20 czy 35 lat, kiedy kończymy szkołę czy uczelnie, ale formujemy się przez całe życie.
Mamy oczywiście wspólnoty chrześcijańskie, które oferują taką formację, ale to też jest jasne, że nie wszyscy, nawet chrześcijanie będą częścią tych wspólnot, ale przecież parafie mógłby być takimi lokalnymi przestrzeniami, które zapraszają zarówno wierzących, jak i niewierzących, po to, żeby dawać poczucie bezpieczeństwa, formację, ale też pewną ofertę, taką nawet szkoleniową czy wsparcia psychologicznego, która może dziać wokół parafii.
Ta oferta w moim odczuciu spokojnie może trafiać także do osób niewierzących, które dzisiaj bardzo tego potrzebują. Jeszcze kilkanaście lat temu, temat terapii czy temat wizytą u psychologa to była kwestia wielkomiejska. Dzisiaj nawet na prowincji, to też pokazują badania, jest ogromne zapotrzebowanie na terapię, bo ludzie mają świadomość, że sobie nie radzą ze swoim życiem i takiego wsparcia potrzebują. I czasem jest tak, że nawet jeżeli nie będzie wsparcia takiego profesjonalnego, psychologicznego, to w wielu przypadkach takim wsparciem mogłaby być wspólnota, której dzisiaj nie ma i parafie mają wszystko, żeby to zrobić, muszą tylko chcieć. A wydaje mi się, że taka szansa dzisiaj się po prostu rodzi.
Żeby to się stało, to trzeba by inaczej spojrzeć na politykę. Bo my mówiąc „polityka”, najczęściej mamy na myśli partyjny spór trochę zrytualizowany, rządzący się swoimi prawami. Mówiąc „polityka”, myślimy „nawalanka partyjna”. Natomiast to, co ty proponujesz, to jest zupełnie inne spojrzenie na politykę. Jako filozof powiedziałbym powrót do arystotelesowskiej troski o dobro wspólne.
Bo ta współczesna partyjna polityka, która dzieje się głównie w mediach, w tym mediach społecznościowych, jest jałowa. Weźmy edukację zdrowotną, od której też zaczęliśmy. Mogą być protesty na ulicach, listy otwarte, nie neguje ich zasadności, ale wydaje mi się, że sens tego rodzaju działań jest tylko po to, żeby zobaczyć: okej mamy takie dwa stanowiska, to teraz usiądźmy wspólnie i zróbmy coś poza tym sporem politycznym. Czyli na przykład napiszmy ten podręcznik, zorganizujmy narady obywatelskie w parafiach – co się ludziom podoba, czego się boją w związku z tą edukacją zdrowotną? Niech na kanwie tego powstania jakiś konkret, który realnie zmieni życie ludzi, bo przecież o to chodzi w polityce. Mam coraz głębsze przekonanie, że w tej partyjnej polityce moderowanej algorytmami mediów społecznościowych coraz mniej chodzi o realne potrzeby ludzi, a coraz bardziej o realizowanie interesów bardzo wąskich grup. I to nie jest polityka, która by zaspokajała nasze pragnienia, potrzeby, tęsknoty czy marzenia. Ja bym chciał po prostu takiej polityczności lokalnej, gdzie faktycznie możemy zacząć rozwiązywać nasze problemy i odpowiadać na nasze realne potrzeby to potrzeby.
Tekst powstał na podstawie fragmentów rozmowy w podcaście Tomasza Terlikowskiego „Wciąż tak myślę”. Cały odcinek dostępny jest na kanałach Więzi.
Polecamy również nasze pozostałe teksty
Łączy nas wiara w to, że trwały pokój nie jest tylko naiwnym marzeniem. To zaledwie część tego, co nas wszystkich angażuje w Gniezno1000.
Pokój to znacznie więcej niż brak konfliktu. To harmonia, która przenika wszystkie aspekty naszego życia. To wewnętrzna jedność. To wspólnota, która przekracza egoizm i partykularne interesy.
Doświadczamy wielu niepokojów. Słyszymy o kryzysach, wojnach i katastrofach. Żyjemy w niepewności i strachu. Boimy się o przyszłość.
Pokój jest darem Boga. Przerasta nasze siły i rozum. A jednocześnie jest naszym zadaniem, wymaga odwagi, wysiłku i wspólnej pracy.
To doświadczenie pozostawiło w nas marzenie o czymś trwalszym niż cykliczne spotkania, których uczestnicy są tylko gośćmi. Chcemy razem tworzyć wspólny dom.
Nasza historia rozpoczęła się od Prymasa Polski, który zgromadził nas wokół idei Zjazdów Gnieźnieńskich – cyklicznych spotkań w duchu dialogu na temat pokoju i przyszłości Europy.
Jesteśmy podzieleni i rozbici. Nie potrafimy budować trwałych relacji nawet z najbliższymi. Czujemy się samotni i bezdomni. Sami ze sobą nie umiemy żyć w zgodzie. Nie wiemy kim jesteśmy.
Wielu z nas współpracowało przy organizacji Zjazdów w poprzednich latach. W Gnieźnie doświadczyliśmy niezwykłej jedności, która narodziła się z zaangażowania we wspólny cel.
Tak narodziła się platforma współpracy chrześcijan Gniezno1000. Na fundamencie dziedzictwa Zjazdów budujemy dom – bezpieczny, przyjazny i otwarty.