Zgłoś chęć udziału
Formularz rejestracyjny otworzymy 2 kwietnia 2025. Zgłoś już teraz chęć udziału i pozostańmy w kontakcie.
26 listopada 2024
Marcin Kędzierski
Gniezno1000
Dyskusja o miejscu chrześcijan w życiu publicznym to temat niezwykle aktualny, gdy dotychczasowe formy obecności Kościoła w przestrzeni społecznej zwyczajnie się kończą. Na portalu Klubu Jagiellońskiego Jan Maciejewski i Konstanty Pilawa próbują odpowiedzieć na pytanie o optymalną formę aktywności publicznej współczesnych katolików.
Pierwszy z nich postuluje wycofanie się ze świata, wyjście na pustynię i wejście w głąb siebie, w przestrzeń duchową. Z tego punktu widzenia przemiana świata może się dokonać wyłącznie poprzez indywidualne nawrócenie. Jeśli spojrzeć na tę propozycję z perspektywy relacji, istnieje tak naprawdę jedna istotna interakcja: Bóg – ja, która dokonuje się w Kościele w oparciu o wielowiekową tradycję.
Zresztą to właśnie Tradycja stanowi jedyną realną strukturę, która porządkuje w sposób właściwy rzeczywistość. Bez przywrócenia tej struktury świat pozostanie przestrzenią wrogą, a wszelkie próby jego chrzczenia muszą się skończyć zagubieniem.
W takiej wizji jedyna prawdziwie chrześcijańska polityczność, czyli działanie na rzecz wspólnego dobra, to liturgia. Przemiana świata może zatem dokonać się w praktyce poprzez zachwyt Tradycją, a nie przekonywanie kogokolwiek czy nie daj Boże szukanie jakieś heglowskiej syntezy w dialogu z zepsutym światem.
Pilawa nie postuluje ucieczki na pustynię, ale wejście w dialog ze światem, tyle że na wyraźnej kulturowej kontrze. W tym podejściu właściwą strukturą jest polityczność z całym doświadczeniem apologetyki i przekonywania do własnego stanowiska nie tylko konfesyjnymi, ale przede wszystkim racjonalnymi argumentami, w tym bazującymi na prawie naturalnym.
W takim ujęciu powojenna chadecja ruszyła we właściwą drogę, ale zgubiła kierunek, także za sprawą zmian kulturowych, na które nie potrafiła właściwie odpowiedzieć. Dlatego właśnie istnieje przestrzeń dla nowej chadecji, która nie tylko zachowa prawowity kierunek, ale jednocześnie będzie w znacznie większym stopniu otwarta na doświadczenie ludu. Na jakimś poziomie w kontrze do perspektywy elit, które przeprowadzały kulturową rewolucję.
Mam problem z uchwyceniem istoty działania tym w modelu. Z jednej strony przemiana świata ma się dokonać na drodze politycznej, ale z drugiej strony działania obejmują głównie sferę kultury i jej „odwojowania”. Nie wiem zatem, czy i na ile ten chadecki populizm miałby być głównie troską o przemianę myślenia owego ludu, czy też w gruncie rzeczy rewolucyjnym działaniem na rzecz wprowadzenia tej kulturowej zmiany w rzeczywistość stricte polityczną. Innymi słowy, czy ten nowoczesny, chadecki populizm ma przyjąć formułę partii politycznej czy też raczej apartyjnego ruchu społecznego.
Dyskusja o miejscu chrześcijan w życiu publicznym to temat niezwykle aktualny, gdy dotychczasowe formy obecności Kościoła w przestrzeni społecznej zwyczajnie się kończą. Na portalu Klubu Jagiellońskiego Jan Maciejewski i Konstanty Pilawa próbują odpowiedzieć na pytanie o optymalną formę aktywności publicznej współczesnych katolików.
Używając kategorii „bezpośredniego transferu przeżyć” wprowadzonej przez Jacka Dukaja, tkwiąc w tym pociągu będziemy stawać się coraz bardziej nierozumnymi, sterowanymi z zewnątrz „przeżywaczami” emocji. Tak, będziemy się zanurzać w głąb siebie, ale nie po to, by spotkać się tam z Bogiem i samym sobą, ale zatopić się w naszych zmysłach. Na jakimś skrajnym poziomie, decyzja o pozostaniu w tym pociągu to zgoda na odczłowieczenie, przekształcenie się w podmiot konsumujący przeżycia, niczym ostatni człowiek z opowieści Francisa Fukuyamy.
Choć Maciejewski inaczej rozkłada akcenty owego zniewolenia i prawdopodobnie nie widzi kapitalizmu jako siły wiodącej nas ku zatraceniu, to zgadzamy się, że w ramach istniejących struktur nie ma nadziei oraz że niezbędna jest jakaś forma ascezy, ogołocenia, uśmiercenia wielu dotychczasowych pragnień.
Jeśli idzie o wizję Konstantego Pilawy, w pełni utożsamiam się z koniecznością wejścia w dialog ze światem. Nawet jeśli nie wierzę, że jest możliwe w aktualnym modelu polityczności, podobnie jak Pilawa nie uważam radykalnej ucieczki od świata za właściwą.
Jako chrześcijanie jesteśmy zaproszeni do przemiany świata, do budowania Królestwa Bożego już tu na ziemi. Na tej drodze nie możemy ignorować i odcinać się od ludzi. Są oni dla nas zarówno darem, jak i zadaniem. Nie wystarczy wyjść na pustynię i liczyć na to, że zachwyt taką ucieczką rozwiąże wszystkie problemy zarówno ich, jak i naszego życia.
W wizji chadeckiego populizmu Pilawy bardzo podoba mi się właśnie to myślenie strukturalne, zakorzenione w pewnych instytucjach społecznych, spośród których na pierwszy plan wysuwa się rodzina i wspólnota lokalna. Podzielam jego przekonanie, że nawet „wyskakując z pociągu” nie wolno nam uciekać przed światem.
Co zatem proponuję? Zacznę od dwóch fundamentalnych założeń. Po pierwsze, jesteśmy już po upadku chrześcijańskiego imaginarium. W ostatnich latach ukazało się kilka tekstów poświęconych temu zagadnieniu – poza moim artykułem z 2020 roku mam tu na myśli przede wszystkim książki Chantal Delsol, ks. Tomasa Halika czy Tomasza Terlikowskiego. To oznacza, że nie ma powrotu do tego, co było.
Szukając analogii, odpowiedzi, które wystarczały mi jako 10-latkowi, są już niewystarczające, kiedy mam lat 40. Nawet, jeśli wypływają z jednego źródła. Choćby dlatego, że mam za sobą cały bagaż doświadczeń, które nie tylko zmieniły mnie, ale także relację między mną a Bogiem.
Po drugie, naszą misją jako chrześcijan jest niezmiennie budowa Królestwa Bożego na ziemi, tej rzeczywistości „już i jeszcze nie”. Ze świadomością, że nigdy nie zbudujemy go do końca, ale jednocześnie przekonaniem, że budowa zaczyna się od każdego z nas, tu i teraz.
Jak jednak możemy poznać już tu na ziemi prawdziwego Boga oraz Tego, którego posłał? Tu znów sam Jezus przychodzi nam z pomocą: „Wówczas zapytają sprawiedliwi: «Panie, kiedy widzieliśmy Cię głodnym i nakarmiliśmy Ciebie? spragnionym i daliśmy Ci pić? Kiedy widzieliśmy Cię przybyszem i przyjęliśmy Cię? lub nagim i przyodzialiśmy Cię? Kiedy widzieliśmy Cię chorym lub w więzieniu i przyszliśmy do Ciebie?» A Król im odpowie: «Zaprawdę, powiadam wam: Wszystko, co uczyniliście jednemu z tych braci moich najmniejszych, Mnieście uczynili»” (Mt 25,37-40).
Nie mamy tu zatem na ziemi bardziej „namacalnego” sposobu poznania Boga niż odkrywanie go w bliźnim. Nawet Ojcowie Pustyni mieli tego głęboką świadomość. Na jakimś poziomie przykazanie miłości bliźniego mówi o tym samym – miłość Boga i miłość bliźniego to jedno. Na tym „opiera się całe Prawo i prorocy”. Taką perspektywę od samego początku pontyfikatu przyjmuje papież Franciszek.
W świecie, który coraz bardziej się wirtualizuje, podkreślanie realności spotkania z bliźnim wydaje mi się fundamentalne. Choć dla wielu św. John Newman w swojej myśli znajduje się setki kilometrów od obecnego papieża, to na tym poziomie mówią to samo – relacja z Bogiem nie może być zapośredniczona przez media, zawsze dokonuje się w rzeczywistym spotkaniu.
Dobrze, co to jednak miałoby dokładnie oznaczać? W moim przekonaniu właściwą odpowiedzią na pytanie o optymalną formę zaangażowania chrześcijan w życie publiczne jest budowa realnych przestrzeni braterstwa, solidarności, jedności i pokoju. Struktur uzdalniających nas do odbudowy wspólnoty i międzyludzkich więzi. To właśnie w tych więziach możemy doświadczać i poznawać Boga (Mt 18,20). Tylko w nich możemy wręcz trwać w Bogu (Dz 17,28).
To otwartość na budowanie nowych syntez, uwzględniających ludzkie doświadczenia, nieraz (a nawet bardzo często) wymykające się prostym schematom. To aktywne poszukiwanie nie tyle ortodoksji, co ortopraksji. W działaniu. Takie działanie musi jednak odbywać się poza światem współczesnej polityczności, zakorzenionej w wirtualnej rzeczywistości mediów.
Mam głębokie przekonanie, że tam jesteśmy z góry przegrani, stoimy na straconej pozycji. Jesteśmy sterowani z zewnątrz. Konsumując treści, tak naprawdę sami jesteśmy przez nie konsumowani. Jedyna nadzieja to powrót do realnych wspólnot – rodziny, sąsiedztwa, parafii, lokalnej społeczności. Z dala od gry interesów wielkiego kapitału, może nawet poza jego radarem.
Tak, ich przewagą jest bardzo niska bariera wejścia. Chodzi zatem o to, aby stworzyć alternatywę, w której bariera wejścia będzie zawieszona jedynie nieznacznie wyżej, i kiedy współczesny człowiek doświadczy biedy relacji, zobaczy, że w zasięgu ręki jest coś innego niż tylko smartfon.
Wspomniany dom kultury powinien być w odległości kilkuminutowego spaceru, być nieustannie otwarty. Można do niego przyjść w dresie. Więcej, jest tam ktoś, kto potrafi animować interakcje. Budować społeczne życie. Czyż nie jest to właśnie owa „cywilizacja życia”?
Kiedy myślę o chadeckim populizmie, to widzę przed oczami właśnie taki dom kultury, przyparafialne salki, szkolną świetlicę, etc., gdzie ludzie spędzają czas ucząc się, bawiąc, rozmawiając, dyskutując, płacząc, poznając wzajemnie swoje potrzeby, etc. Tego nie da się zrobić odgórnie, zadekretować ustawą. Można co najwyżej stworzyć odpowiednie warunki do powstawania takich przestrzeni.
Potrzeba bowiem prawdziwego męstwa, żeby we współczesnym zindywidualizowanym świecie, gdzie wszystko próbuje zatrzymać nas na sobie, zrodzić w nas gotowość do służby bliźniemu. Do zdobywania siebie w dawaniu siebie, jak mówił Sługa Boży ks. Franciszek Blachnicki. Do wyjścia w kierunki Innego i wspólnej budowy przestrzeni pokoju. Nawet jeśli się ze sobą nie zgadzamy. Może zwłaszcza wtedy.
Taki jest też cel inicjatywy Gniezno1000, która w założeniu ma stanowić platformę współpracy chrześcijan i ludzi dobrej woli właśnie na rzecz tworzenia takich przestrzeni pokoju. Najpierw na poziomie lokalnym, a kiedyś może także i na szerszą skalę.
Jeśli chadecki populizm miałby być zaproszeniem do służby, do pójścia wspólną drogą, wiodącą ku budowie oddolnych struktur jedności i pokoju, byłbym pierwszym, który wszedłby na pokład. Gdyby jednak ograniczył się on głównie do zaznaczania obecności katolików we współczesnej debacie publicznej, do promocji „wartości chrześcijańskich”, jest skazany na los opisany przez Jana Maciejewskiego, czyli rozmycie się w płynnej nowoczesności nowego populizmu.
Albo niszową propozycję dla wąskiej grupy chrześcijańskich elit, oderwanych od rzeczywistości doświadczenia zwykłego człowieka. Żadna z tych perspektyw nie wydaje mi się godna tego, aby poświęcić jej życie.
Formularz rejestracyjny otworzymy 2 kwietnia 2025. Zgłoś już teraz chęć udziału i pozostańmy w kontakcie.
Polecamy również nasze pozostałe teksty
Łączy nas wiara w to, że trwały pokój nie jest tylko naiwnym marzeniem. To zaledwie część tego, co nas wszystkich angażuje w Gniezno1000.
Pokój to znacznie więcej niż brak konfliktu. To harmonia, która przenika wszystkie aspekty naszego życia. To wewnętrzna jedność. To wspólnota, która przekracza egoizm i partykularne interesy.
Doświadczamy wielu niepokojów. Słyszymy o kryzysach, wojnach i katastrofach. Żyjemy w niepewności i strachu. Boimy się o przyszłość.
Pokój jest darem Boga. Przerasta nasze siły i rozum. A jednocześnie jest naszym zadaniem, wymaga odwagi, wysiłku i wspólnej pracy.
To doświadczenie pozostawiło w nas marzenie o czymś trwalszym niż cykliczne spotkania, których uczestnicy są tylko gośćmi. Chcemy razem tworzyć wspólny dom.
Nasza historia rozpoczęła się od Prymasa Polski, który zgromadził nas wokół idei Zjazdów Gnieźnieńskich – cyklicznych spotkań w duchu dialogu na temat pokoju i przyszłości Europy.
Jesteśmy podzieleni i rozbici. Nie potrafimy budować trwałych relacji nawet z najbliższymi. Czujemy się samotni i bezdomni. Sami ze sobą nie umiemy żyć w zgodzie. Nie wiemy kim jesteśmy.
Wielu z nas współpracowało przy organizacji Zjazdów w poprzednich latach. W Gnieźnie doświadczyliśmy niezwykłej jedności, która narodziła się z zaangażowania we wspólny cel.
Tak narodziła się platforma współpracy chrześcijan Gniezno1000. Na fundamencie dziedzictwa Zjazdów budujemy dom – bezpieczny, przyjazny i otwarty.