Zgłoś chęć udziału
Formularz rejestracyjny otworzymy 2 kwietnia 2025. Zgłoś już teraz chęć udziału i pozostańmy w kontakcie.
2 listopada 2024
Marcin Kędzierski
Gniezno1000
Piotr Kaszczyszyn
Klub Jagielloński
Bartosz Brzyski
Klub Jagielloński
Tekst powstał na podstawie rozmowy w podcaście Kultura Poświęcona – audycji Klubu Jagiellońskiego na czasy postchrześcijańskie, czyli takie, które chcą, ale nie potrafią zapomnieć o Bogu.
Piotr Kaszczyszyn: Czy rzeczywiście jest tak, jak w tytule książki Heidta „Anxious Generation”, że dzisiaj mamy do czynienia z „pokoleniem lęku” wśród tak zwanych „Zetek”? Czy może tak naprawdę ten lęk dotyka nie tylko 20-latków, ale do nas wszystkich? A może jest w tym lęku jest coś z jakiejś przesady albo teatralnej pozy?
Marcin Kędzierski: Doświadczenie lęku nie jest czymś absolutnie nowym i unikatowym. Tuż przed rozmową wspominaliśmy „Pressje” z 2017 roku, które miały tytuł: „Suma wszystkich strachów”, gdzie także o tych lękach rozmawialiśmy. Jan Paweł II 22 października 1978 roku zaczął swój pontyfikat od słów „Nie lękajcie się!”
Czyli lęk jest czymś ponad pokoleniowym i można sobie zadać pytanie: co się stało, że dzisiaj ten lęk odczuwamy mocniej? Wcale nie żyjemy w radykalnie bardziej niebezpiecznych czasach niż choćby kilkadziesiąt lat temu. Ludzie w czasie nawet konfliktu zimnowojennego żyli w perspektywie wojny nuklearnej i wydaje się, że to zagrożenie było wówczas większe niż dzisiaj. Jakość życia, jakość opieki medycznej była gorsza niż dzisiaj, średnia długość życia była dużo krótsza. Dlaczego dziś mówimy o tych lękach? Dlaczego żyjemy w takiej kulturze lęku?
Moim zdaniem najbardziej zmienił się sposób postrzegania rzeczywistości. Tutaj dużą rolę odgrywają media społecznościowe, przez które o tych złych wydarzeniach dowiadujemy się szybciej, mamy wrażenie, że wokół nas dzieje się samo zło. Wydarzenia, które kiedyś do nas nie docierały, bo nie było masowych mediów, dzisiaj docierają lotem błyskawicy.
Dlatego Kościół czasem woli nie zrobić stu dobrych rzeczy, żeby nie popełnić jednego błędu, niż pozwolić sobie nawet na pewne błędy, które mogą się wydarzyć, bo przy normalnym działaniu to jest przecież całkowicie oczywiste, że takie błędy się pojawiają. No ale powiedzmy sobie wprost, stworzenie takiego choćby podręcznika do edukacji zdrowotnej byłoby pewną wartością. A nie mam przekonania, aby z łona samego Episkopatu wyszła inicjatywa, która by doprowadziła do powstania takiego podręcznika.
Obiektywnie patrząc, nie żyjemy w bardzo wyjątkowych czasach pod kątem zagrożeń i lęku. Ten czas jest wyjątkowy właśnie za sprawą rewolucji informacyjnej i pojawienia się nowych mediów.
Bartosz Brzyski: Tak, mamy do czynienia z rewolucją informacyjną i nasze umysły dokonują jakiegoś błędu poznawczego. Dociążają te informacje, które są negatywne, które mocniej oddziałują emocjonalnie. Emocja-informacja to się gdzieś pokrywa i wzbudza w nas ogromny lęk, sprawia, że problemy, zagrożenia wydają się dużo większe niż są w rzeczywistości.
Ale też każde pokolenie miało swoje lęki. Niedawno była to dziura ozonowa, zagłada nuklearna albo zimna wojna. Widzę taką różnicę, że o ile dla naszego pokolenia, roczników 80-tych, 90-tych, realną obawą było ubóstwo czy brak pracy, o tyle nie żyliśmy w strachu przed wojną. Po zwycięstwie demokracji liberalnej miał nastać pokój. Dorastaliśmy w poczuciu, że widmo wojny zostało odsunięte i nie musimy o tym myśleć. Upadek tego wyobrażenia, że wojna nie wydarzy się już nigdy, podkopał mocno nasze poczucie bezpieczeństwa. Nawet nie zmieniła tego np. inwazja na Irak albo World Trade Center, czy jakieś zamachy w Europie Zachodniej, bo wydawało się nam, że to jednorazowe incydenty albo wydarzenia odległe, gdzieś na peryferiach świata, kogo to z perspektywy zachodu obchodzi. Inaczej, gdy pełnoskalowa wojna toczy się tuż obok.
Upadł pewien mit. Zostało nam obiecane, że pewne rzeczy nie wrócą i rozprawialiśmy się z tym raz na zawsze. Wojna w pobliżu narusza pewien konsensus, tabu, które obowiązywało jeszcze przez ostatnie ok. 20 lat w mainstreamie medialnym i w debacie publicznej.
Piotr Kaszczyszyn: Widzę w waszych wypowiedziach pewne napięcie. Istnieją obiektywne, zewnętrzne czynniki, triggery, które oddziałują na ludzi i społeczeństwa. Teraz jest wojna, wcześniej mieliśmy pandemię. Ale wydaje się, że to jest coś stałego, nie ma w tym nic wyjątkowego. To, co byłoby wyjątkowe, to ten czynnik subiektywny. Czyli z jednej strony jest zagrożenie zewnętrzne, obiektywne, a z drugiej – lęk, coś subiektywnego.
Marcinie, powiedziałeś o tej ekspozycji na złe wiadomości i przekonaniu, że na świecie dzieje się tylko zło w połączeniu z social mediami. To nasunęło mi myśl, że ta kruchość współczesnego pokolenia może być konsekwencją jakiejś wojny behawioralnej, mówiąc metaforycznie. Jesteśmy jakby atakowani tym lękiem i strachem przez tą infrastrukturę, w której na co dzień funkcjonujemy. To przede wszystkim sprawia, że dzisiaj lęk jest w kulturze szczególnie mocno eksponowany.
Marcin Kędzierski: Strach towarzyszył ludzkości od zarania dziejów i był też traktowany jako narzędzie do sprawowania władzy, do rozgrywania polityki. Ale to, co wyróżnia współczesność, to sposób, w jaki doświadczamy tych zjawisk. Jacek Dukaj mówi o „erze bezpośredniego transferu przeżyć”. Dzisiaj jesteśmy w stanie – już nie tylko przez słowa czy tekst – odbierać bodźce wręcz sensualnie, wzrokowe i słuchowe, możliwe że przyszłości także innych zmysłów i stajemy się takimi „przeżywaczami”.
Współczesna kultura, media i cały przemysł kreatywny ale także polityka czy marketing polityczny robią wszystko, abyśmy stali się takimi sensualnymi „przeżywaczami”. Dukaj wskazuje, że wszystkie te dziedziny czerpią garściami z doświadczeń branży pornograficznej. To ona rozpoczęła tą ścieżkę docierania w takim sensie bardzo zmysłowym, sensualnym do naszych głów. I my dzisiaj stajemy się takimi sensualnymi przeżywaczmi rzeczywistości. To sprawia, że całkowicie albo bardzo radykalnie ograniczamy racjonalnalność. Na końcu tej opowieści 95% społeczeństwa już w ogóle nie będzie używało rozumu, tylko ograniczy się do odbieranie bodźców i przeżywania emocji.
Bartosz Brzyski: Wydaje mi się, że to jest kluczowe w kontekście lęku: na ile w tej erze bezpośredniego transferu przeżyć, które nie są zapośredniczone przez rozum, są samą percepcją, jesteśmy w stanie radzić sobie z lękiem? Wydaje się, że jedyną radą jest po prostu odciąć się od tego, co ci szkodzi. To jest to, co Marcin w tym swoim ostatnim felietonie postuluje i uważa za receptę, jak rozumiem.
Podobnie jak przy wspomnianej obietnicy końca wojen i wiecznego pokoju, tak samo w tym wypadku nowoczesność obiecuje zniesienie lęków, że wszystkie nasze lęki będzie w stanie jakoś zmienić w zabawę, przyjemność, farsę. Ale widzimy wyraźnie, że to nie działa.
Ten lęk często jest irracjonalny, nie bierze z racjonalnych przesłanek. Przez to, że odbieramy tyle bodźców na poziomie nieświadomym to później reagujemy niepokojami, lękami a nie potrafimy nawet zdiagnozować skąd się wzięły. Sami nie jesteśmy świadomi źródeł tego tego lęku.
Znów wracając do felietonu Marcina, może nie jesteśmy w stanie już uchwycić tego źródła, może jest po prostu zbyt rozproszone, wobec czego musimy „wyłupać to oko”, które które sprawia, że chorujemy, że nasze dusze chorują.
Marcin Kędzierski: Co do fragmentu Ewangelii Mateusza (Mt 5) – jeśli twoja ręka jest ci przeszkodą to ją odetnij, jak oko ci jest przeszkodą, to jej wyłup – przecież to nie chodzi o to, żeby sobie to oko wyłupić albo żeby sobie tę rękę odciąć, tylko żeby to oko czy czy tę rękę wykorzystać do innych celów. Bo jeżeli my odetniemy się od mediów społecznościowych albo odetniemy się od tego świata, to pozostaje jakaś pustka – i to nie jest odpowiedź. Odpowiedzią nie jest samo unikanie zła, tylko szukanie jakichś alternatywnych przestrzeni. W odpowiedzi na przestrzenie niepokoju, stworzenie alternatywnych przestrzeni pokoju.
Kultura mediów społecznościowych nas wpycha w samotność. Coraz częściej nawet na poziomie polityk publicznych widzimy, że samotność jest problemem, bo realnie obniża jakość życia i mamy już ministerstwa do spraw samotności w niektórych państwach.
Potrzebujemy jakiejś alternatywy wspólnotowej. Nie jest tylko odcięcia się, „wyłupaniem oka”, ale pokazania, że to oko albo rękę możesz wykorzystać w inny sposób. To jest trochę jak z tą terapią: możemy skoncentrować się na tym, że problem jest we mnie, że muszę sam w sobie rozwiązać problem, że muszę skupić się na sobie. Nie twierdzę, że terapia jest zła. Chodzi mi o to, że możemy przeakcentować to skupianie się na sobie, a może jakimś rozwiązanie jest wyjście poza siebie i spotkanie się z innymi.
Piotr Kaszczyszyn: Ten współczesny lęk jest postmaterialny, taki niedookreślony, trochę bardziej duchowy, nawiedza nas nieraz w momentach niespodziewanych. Może być też rodzajem odreagowania jakichś sytuacji stresowych. Niby znamy źródło, a ostatecznie nam ono umyka. Proces terapeutyczny czasami potrafi trwać miesiącami albo latami i też źródło lęku, traumy ostatecznie może umykać nam w tej podświadomości czy nieświadomości.
Powiedzieliście, że nowoczesność obiecywała uśmierzyć nasze lęki – wewnętrzne, ludzkie, egzystencjalne. Ten wymiar polityki wydaje mi się ciekawy w tym kontekście, bo polityka w nowoczesności jest narzędziem prometejskim. I tutaj do głowy przychodzi mi przychodzi mi zestawienie dwóch rodzajów polityki, które w Polsce w ostatnim czasie mogliśmy sobie zobaczyć. Z jednej strony to jest raport z 2022 roku, autorstwa Sławomira Sierakowskiego i Przemysława Sadury. Jego autorzy twierdzili właśnie w kontekście zalęknionego polskiego społeczeństwa, że Polacy wyczekują polityka-terapeuty, który uśmierzy nasze lęki. To mi się od razu skojarzyło, trochę prześmiewczo oczywiście, z postacią Szymona Hołowni płaczącego nad konstytucją, który przez jakiś czas na takiego terapeutę, depolaryzatora się pozycjonował. Ale dzisiaj raczej mamy do czynienia z przejściem od polityka-terapeuty, który ma uśmierzać jakieś postmaterialne lęki, do „polityka-kaprala”. Mam na myśli oczywiście Donalda Tuska i przesunięcie akcentu na bezpieczeństwo militarne. Ale nadal sednem polityki wydaje się zapewnianie bezpieczeństwa, uśmierzanie lęków.
Czy w takim razie także i dzisiaj w Polsce prawdziwą stawką w naszej polityce jest zarządzanie lękiem, odpowiadanie na lęk, uśmierzanie lęków? Czy w takim razie liderzy polityczni mają działać trochę jak jakiś rodzaj środków przeciwbólowych?
Marcin Kędzierski: Zestawiłeś, Piotrze, te dwie postaci czyli polityka terapeutę i polityka kaprala, a ja powiem: „they are the same picture”. To są dwie strony tej samej monety. Najpierw tworzymy zagrożenie, żeby powiedzieć: to my będziemy was z tego zagrożenia leczyć. Musimy te lęki wzbudzić, żeby móc wejść w rolę terapeuty i to jest jedna strategia, to nie są w ogóle dwie różne wizje. Gdy Donald Tusk mówi o zagrożeniu imigracją: mogą przyjść obcy niczym w „Grze o tron” i nas wszystkich pozabijać, to równocześnie mówi: ale ja będę tym strażnikiem, który sprawi, że nikt do nas nie dotrze i ja obronię was przed tymi strasznymi obcymi. Więc to jest jedna opowieść. Ten element „kapralski” jest taką fazą przygotowawczą do pokazania twarzy terapeuty albo zbawcy.
Napisaliśmy przed dwoma laty w Centrum Polityk Publicznych Uniwersytetu Ekonomicznego w Krakowie raport „Suma wszystkich strachów”. Mówiliśmy w nim o „sekurytyzacji” polityki, moglibyśmy to przetłumaczyć jako „ubezpiecznianie”. Każdy wymiar polityki publicznej może być dzisiaj przedstawiany właśnie przez pryzmat retoryki bezpieczeństwa. W tym raporcie analizowaliśmy trzy wymiary czyli kwestię zdrowia a dokładniej „bezpieczeństwa zdrowotnego”, energetyki – „bezpieczeństwa energetycznego”, no i kwestię obrony właśnie – „bezpieczeństwa militarnego”.
Zresztą taki też był postulat tego raportu, że jeżeli na przykład nauczyciele oczekują, żeby cokolwiek realnie zmieniło się w systemie oświaty, to muszą zacząć mówić językiem bezpieczeństwa: patrzcie jeżeli czegoś nie zrobimy, to załamie się system szkolny, musimy coś zrobić, żeby nas przed tym uratować. Wprowadzanie tego ubezpiecznienia jest dzisiaj wręcz niezbędne żeby w ogóle dobić się do społecznej świadomości.
Dotyczy to również polityki. Zgodnie z klasyczną definicją przywódca polityczny to ten, kto w sposób najbardziej adekwatny odpowiada na aktualne emocje i oczekiwania swoich wyborców. A dzisiaj tą potrzebą jest właśnie potrzeba bezpieczeństwa. Dobrze to w widać w całej dyskusji o problemie demograficznym.
I to wszystko prawda oczywiście, nie neguję tych czynników, bo one mają realnie wpływ na decyzje prokreacyjne. Tylko ostatecznie jest tak, że jeżeli wejdziemy tak w tę dyskusję o lęku i bezpieczeństwie to trzeba sobie jasno powiedzieć: czegokolwiek byśmy nie zrobili, dziecko nie zwiększa naszego bezpieczeństwa. Wychowując dzieci, cały czas żyjemy w przekonaniu, że coś się może wydarzyć. My się o to dziecko też boimy, tak samo jak boimy się o osoby najbliższe i nie da się tłumaczyć, że jak będziesz miał dziecko to będziesz bezpieczniejszy – na pewno nie będziesz bezpieczniejszy.
Napisaliśmy przed dwoma laty w Centrum Polityk Publicznych Uniwersytetu Ekonomicznego w Krakowie raport „Suma wszystkich strachów”. Mówiliśmy w nim o „sekurytyzacji” polityki, moglibyśmy to przetłumaczyć jako „ubezpiecznianie”. Każdy wymiar polityki publicznej może być dzisiaj przedstawiany właśnie przez pryzmat retoryki bezpieczeństwa. W tym raporcie analizowaliśmy trzy wymiary czyli kwestię zdrowia a dokładniej „bezpieczeństwa zdrowotnego”, energetyki – „bezpieczeństwa energetycznego”, no i kwestię obrony właśnie – „bezpieczeństwa militarnego”.
W pandemii epatowaliśmy tą retoryką bezpieczeństwa, ale jak popatrzymy na dane, to liczba nadmiarowych zgonów w Polsce była na drugim miejscu w Europie, po Bułgarii. Polska sobie z pandemią nie poradziła, a jednocześnie epatowała tą strategią bezpieczeństwa – czyli robiliśmy coś dokładnie przeciwnego niż powinniśmy. Zamiast dbać o bezpieczeństwo i nie mówić o bezpieczeństwie, myśmy mówili o bezpieczeństwie, ale go nie zapewniliśmy. I to skompromitowało tą całą politykę restrykcji i miało fatalne skutki. Dzisiaj jest największą ofiarą tej fikcyjnej polityki bezpieczeństwa w trakcie pandemii jest młode pokolenie. Dane pokazują, że polscy uczniowie spędzili w domu najwięcej czasu spośród wszystkich dzieci w OECD, przeciętnie o 84 dni dłużej w lockdownach niż ich rówieśnicy w innych państwach świata rozwiniętego – prawie cały semestr dłużej w izolacji. Dziś ci 20-latkowie mogą zadać słuszne pytanie: ale po co nas zamykaliście, skoro tak naprawdę wszystko sobie hulało aż miło patrzeć, nie ochroni liśmy osób starszych, one i tak umarły, a myśmy ponieśli ten ogromny koszt właśnie w imię pustej retoryki bezpieczeństwa.
Bartosz Brzyski: Pojęcie „poczucia bezpieczeństwa” wydaje mi się kluczowe. Z perspektywy zarządzania emocjami wystarczy stworzyć komuś taki psychologiczny komfort i opowiadać o tym, że jest bezpieczne albo obiecywać bezpieczeństwo i nie musi mieć to potwierdzenia w rzeczywistości. Donald Tusk jest świetnym przykładem takiego polityka, który bardzo zręcznie wykorzystuje te lęki. Niekoniecznie oferuje w zamian jakąkolwiek politykę, ale daje właśnie taki komfort, poczucie, że jest ktoś kto diagnozuje. Wystarczy że Donald Tusk pojedzie na tereny zalewowe i powie: ja widzę, że jest zalane i będę myślał o tym, żeby to zostało zrobione – i już się czujemy bezpiecznie. A czy za rok ktoś tam pojedzie i sprawdzi czy coś się wydarzyło, to już nie jest ważne, bo każda emocja dzieje się tu i teraz. To jest właśnie ten bezpośredni transfer lęków.
Marcin Kędzierski: Zwróć uwagę, że powódź była bardzo niedawno. Pamiętam, że powódź w roku 1997 przeżywaliśmy przez kilka miesięcy. Czy dzisiaj ktoś w ogóle pamięta w debacie publicznej o powodzi? To jest jakby doświadczenie tak bliskie jak… dinozaury, mniej więcej w podobnych rejestrach czasowych.
Bartosz Brzyski: Podobnie: wojna na Ukrainie bardzo szybko zakończyła pandemię. Pojawił się nowy lęk, którym trzeba było zarządzić i przestaliśmy się przejmować tym poprzednim.
Wszyscy trwają na takim standby, myślą o tym, co może się wydarzyć. To dotyczy i życia prywatnego, i publicznego. Co będzie, jak wygra Trump? Czy będzie nowym Hitlerem? Co będzie, jak dojdzie katastrofy klimatycznej? Cały czas wypatrujemy tych zagrożeń, które stoją za rogiem, przez to nie możemy podejmować decyzji tu i teraz, bo nie chcemy ryzykować. A jednocześnie wypatrujemy kogoś, kto potrafiłby tymi kryzysami zarządzić.
I to jest jakiś paradoks, mieszanka poczucia utraty kontroli, tęsknoty za kimś, kto nad tym zapanuje, a z drugiej strony poczucia braku wpływu – a bardzo chcemy mieć wpływ na rzeczywistość. Te dwie emocje stoją w sprzeczności.
Te napięcia są w polityce, w życiu społecznym. Być może ta dychotomia jest jakimś konfliktem tragicznym, a politycy z tego korzystają, ten kto jest lepszym surferem, ten lepiej na tym płynie. Nieprzypadkowo Donald Tusk na tym wszystkim rośnie, kiedy jest w centrum wydarzeń, bo po prostu umie to robić doskonale.
Piotr Kaszczyszyn: Odnosząc się do Marcina, ten trend „sekurytyzacji”, „ubezpieczniania” przenika różne aspekty życia. Mówiliśmy o demografii, o rodzinie – przypomniał mi się nasz odcinek z Karoliną Pilawą o zjawisku tak zwanego „helikopterowego rodzicielstwa”. To też jest przecież logika „ubezpieczniania” i pewnego rodzaju kontroli nad dziećmi. Takich obszarów pewnie dałoby się w naszym życiu społecznym znaleźć więcej.
Bartku, powiedziałeś o tym paradoksie, który celnie oddaje jakieś fundamentalne napięcie.
To pragnienie sprawczości moim zdaniem jest mocno obecne też dzisiaj, ale widzę też taką tendencję, którą z braku lepszego określenia bym nazwał „ideologią kontrolingu”, to znaczy wręcz neurotyczną potrzebą kontrolowania własnego indywidualnego, żeby z życia zrobić dziedzinę nauki o zarządzaniu. Ona też sama w sobie jest paradoksalna, bo z jednej strony mam poczucie, że ta idea kontrolingu polega na tym, że jesteśmy „nadrefleksyjni”, „nadplanowi”, to znaczy zbyt szczegółowo próbujemy to nasze życie rozrysować w excelach. Ale często w konsekwencji właśnie tego neurotycznego trzymania się planu zaczynamy te rozpisane zadania prokrastynować. Upraszczając, mamy tu coś w rodzaju egzystencjalnego FOMO (ang. fear of missing out), ten syndrom lęku, że coś nam coś nam ucieknie. Tutaj to jest poczucie, że jeżeli sobie wszystkiego szczegółowo nie zaplanujemy, to coś nam umknie, stracimy kontrolę i w konsekwencji to nasze życie tak bardzo projektowo postrzegane może skończyć się porażką.
To jest coś obok tego lęku, ale wydaje mi się, że wewnątrz potrzeby kontroli własnego, życia traktowania go jako projekt, ten lęk też jest obecny.
Marcin Kędzierski: Kontynuując temat sprawczości i podmiotowości, odwołam do trwających przygotowań do XII Zjazdu Gnieźnieńskiego, w które jestem zaangażowany. Od samego początku było dla nas jasne, że to, co jest takim społecznym oczekiwaniem, to właśnie jest ta tęsknota za sprawczością i podmiotowością i przerażenie tym determinizmem – hasła takie jaki: koniec historii, apokalipsa, ostatnie pokolenie. Atakuje nas narracja, że to wszystko już zmierza tylko do beznadziejnego końca, że nie ma nadziei…
A jednak zbliża się rok jubileuszowy, który papież Franciszek ogłosił pod hasłem nadziei. Papież mówi, że mamy być „pielgrzymami nadziei” – to też bardzo mocno też było obecne wśród nas, osób które współorganizują ten Zjazd Gnieźnieński.
A co od nas realnie zależy? Posługując się taką prostą dychotomią użytą przez Marksa, mamy „agencję” i „strukturę”, czyli to, na co mamy wpływ i to jak jesteśmy determinowani. Ja myślę, że można te dwie perspektywy ze sobą połączyć. Potrzebujemy takiego poczucia sprawczości, że coś od nas zależy – tej agencji – ale musimy też mieć świadomość, że istnieją pewne struktury niepokoju. To jest to o, czym Jan Paweł II pisał, jako o „strukturach grzechu”. Nie chodzi to żebyśmy teraz szli z motyką na słońce i walczyli z tymi strukturami niepokoju, bo tu jesteśmy skazani na porażkę. Dobry przykład już przywołany to media społecznościowe, one są takimi strukturami niepokoju. I teraz nie chodzi o to, żeby walczyć z mediami społecznościowymi, tylko żeby w sposób sprawczy tworzyć przestrzenie pokoju.
Formularz rejestracyjny otworzymy 2 kwietnia 2025. Zgłoś już teraz chęć udziału i pozostańmy w kontakcie.
Pisałem parę lat temu o końcu katolickiego imaginarium. To też było bardzo ciekawe, bo ja w tym tekście, w ostatnim akapicie wyraźnie wskazałem, że ten koniec jest dla nas tak naprawdę szansą zobaczenia, że rzeczywistość jest w naszych rękach. A to się w ogóle nie przebiło w debacie publicznej. Główne komentarze skupiły się na tej diagnozie końca imaginarium. To, że to tak dotknęło tej społecznej emocji, nie jest przypadkiem, bo w ludziach faktycznie jest takie przekonanie apokaliptyczne, że ta rzeczywistość jest zdeterminowana, że chrześcijaństwo się kończy, świat się kończy, nic już nie będzie, tylko wojna – że to jest nieuniknione. Ale to ma taką moc samospełniającej się przepowiedni – chodzi o to, żeby przerwać tą spiralę, pokazać, że mamy w sobie sprawczość. Żeby tworzyć te przestrzenie pokoju, mierzyć się z naszymi lękami, dotknąć naszych tęsknot.
Nieoczywisty przykład: boimy się migrantów, że do nas przyjdą i nam coś zabiorą, a jednocześnie mamy obawę, że w Polsce nie rodzą się dzieci, jesteśmy coraz bardziej samotni. A może da się te dwie emocje połączyć? Przybywają oczywiście z różnych kręgów kulturowych, nie mówię, że nie ma problemów z integracją, ale może z tymi imigrantami moglibyśmy stworzyć wspólnotę? Moglibyśmy zaopiekować się nimi, dać im pewną przestrzeń bezpieczeństwa, którego potrzebują, a jednocześnie oni mogą nam pomóc wypełnić pustkę samotności. Czyli możemy nasz lęk przekuć w zaspokojenie jakieś tęsknoty, która jest głęboko w nas zakorzeniona.
Wyobraźmy sobie kobietę, lat 65, która widzi, że jej rodzina się rozpada i niekoniecznie żyje tak, jak ona by chciała. Jej dzieci na żyją w związkach nieformalnych albo są po jednym czy dwóch rozwodach, a wnuki są daleko od Kościoła. Albo przychodzi do niej 15-letni wnuk i mówi, że chce zmienić swoją tożsamość płciową, co z perspektywy tej babci może być dramatem i ona sobie z tym jakoś nie radzi – ale jednocześnie walczy o to żeby te osoby zgromadzić przy rosole, przy niedzielnym obiedzie, nawet jeżeli się nie zgadzają.
Kiedy myśleliśmy o tych głównych obszarach tematycznych XII Zjazdu Gnieźnieńskiego, zatytułowanego, przypomnę, „Odwaga pokoju”, myśleliśmy o takich wymiarach jak: kultura dobrej komunikacji, duchowe źródła pokoju, horyzonty solidarności albo jak kwestie pewnego środowiskowego zobowiązania. Chcemy zwrócić uwagę na te obszary, gdzie możemy lęki przekuć pewną drogę, odpowiadać na nasze głęboko ukryte tęsknoty. Mam wrażenie, że naszą najgłębszą tęsknotą jest to doświadczenie wspólnoty, bo dzisiaj chyba wszyscy doświadczamy jakieś formy samotności.
Bartosz Brzyski: U Mateusza jest taki cytat: „Błogosławieni, którzy wprowadzają pokój albowiem oni będą nazwani synami Bożymi” – kontrapunktem dla lęku, dla niepokoju jest ten pokój i ci, którzy go wprowadzają.
Czytałem niedawno książkę „Współczesna rodzina” Helgi Flatland, skandynawskiej autorki. Fabuła przedstawia szok dorosłych dzieci, kiedy dowiadują się, że ich 70-kilkuletni rodzice się rozwodzą. Teoretycznie główna bohaterka powieści, dorosła kobieta już nie powinna specjalnie tym żyć, bo ma swoją rodzinę, ale dla niej to było rozpadem świata, który chciała cały czas mieć jako taki punkt odniesienia, wzór, dający pewność że istnieje coś niezmiennego w życiu. To mi się skojarzyło z tym, co Marcin mówił o obiadach u babci. Faktycznie, jak zabraknie takich punktów, do których możemy się cofnąć i tam od 30 czy 50 lat cały czas stoją te same meblościanki, kubeczki, jest ta babcia i w tym zagubieniu zawsze możemy wrócić i spróbować to wszystko naprawić, uratować związek, bunty młodzieńcze odkręcić – to dojdzie chyba już do całkowitej społecznej zmiany, w której nie będzie takiego lądu, z którego wiemy że wypłynęliśmy i że można zawinąć jeszcze do tego portu. W Polsce Wigilia ciągle ma trochę taką funkcję, cały czas mamy ten punkt taki w kulturze w tym imaginarium, którego koniec Marcin obwieścił – że jednak możemy do niego wrócić i spróbować trochę zbudować się na nowo od takich podstaw.
Wracając do Ewangelii Mateusza: wydaje mi się, że
Na koniec w kontekście pytania o rodziców: mam wrażenie, że dzisiaj rodzice transferują na dzieci swoje lęki i swój perfekcjonizm planowania i zarządzania. To jest wyzwanie dla budowania pokoju w rodzinie: jak okiełznać w sobie strach i nie przekazywać tego lęku dalej, nawet w sposób nieuświadomiony.
Marcin Kędzierski: Jeśli mogę jeszcze coś dodać w kwestii „helikopter parenting”, o które Piotr pytał – nie robię tego często, ale myślę, że to jest okazja, żeby się odnieść do osobistego doświadczenia ojca wielodzietnej rodziny, bo też wiele uczy. Kiedy się ma jedno albo dwoje dzieci, może się jeszcze wydawać, że jesteśmy w stanie zaspokoić ich potrzeby. Ale kiedy dzieci pojawia się więcej, czwórka, piątka, szóstka, to już wiemy, że tego nie potrafimy. Jeżeli coś by się stało nagle czwórce czy piątce dzieci, to my nie damy rady po prostu jako rodzice, bo nas zabraknie.
Oczywiście potrzeby nawet jednego dziecka wykraczają poza zdolności zaspokojenia przez dwójkę rodziców, to nie jest tak, że dopiero przy szóstce dzieci można to odczuć. Każde rodzicielstwo nam otwiera oczy. Myślę, że jakbyśmy zapytali innych rodziców, to w dłuższej rozmowie powiedzą o bezradności, niemożliwości kontrolowania wszystkiego. Pytanie czy my się z tym pogodzimy czy nie. Myślę, że to jest bardzo ważny element formacji rodzicielskiej – tak bym to nazwał.
Piotr Kaszczyszyn: A propos przestrzeni pokoju przyszło mi do głowy takie pojęcie robocze „mikrosprawczości”, to znaczy odnalezienia w sobie przestrzeni prywatnych, bardziej takich osobistych albo rodzinnych, w tym naszym najbliższym kręgu relacyjnym. Trochę to brzmi jak „posprzątaj swój pokój” Jordana Petersona – celowo prowokuję. Chodzi o to, że najpierw musimy oczyścić tę najbliższą przestrzeń, na którą mamy wpływ bezpośredni, żeby odzyskać wewnętrzne poczucie sprawczości, tak aby w kroku drugim wpływać na kolejne obszary życia.
Kilka odcinków temu w Kulturze Poświęconej rozmawialiśmy z prof. Matczakiem i Marcinem Makowskim na kanwie ich wywiadu rzeki „Koniec świata jaki znamy”. Marcin Makowski mówił coś podobnego, szukał jakiejś odtrutki i rozwiązania na to poczucie zagubienia w przestrzeni publicznej i w tym naszym cywilizacyjnym chaosie. On też wskazywał właśnie na rzeczy z dziedziny mikrosprawczości od kwestii rodzinnych, przez rower, po grę w Heroes III. Mówię o tym, bo mam poczucie, że w naszej współczesnej kulturze widzimy jakiś zwrot ku realizacji takich prostych potrzeb – rodzinności, prywatności i że to może być jakiś rodzaj odtrutki czy ucieczki od tego poczucia chaosu, lęku, zagubienia w życiu publicznym.
Marcinie, wspomniałeś o bezradności. Wcześniej mówiłem o życiu jako projekcie i mam poczucie, że to jest kontrpropozycja. Tu od razu przyszło mi do głowy pojęcie zawierzenia – to znaczy, że zamiast próbować nad wszystkim panować, puszczamy lejce, przestajemy traktować życie tylko w kategoriach nauki o zarządzaniu i akceptujemy naszą niezdolność do pełnej kontroli.
Na koniec jeszcze mam takie skojarzenie stricte konfesyjne. Wydaje mi się, że jakoś symbolicznie taka figura nad całą naszą rozmową się unosiła – czy to, gdy mówiliśmy o lęku, „ubezpieczaniu” i sekurytyzacji tak w życiu rodzinnym jak i publicznym – to jest kwestia Opatrzności Bożej. Na takim postchrześcijańskim poziomie te wszystkie nasze świeckie praktyki są próbą zapełnienia braku po wierze w Bożą Opatrzność. Po tym przekonaniu, że choć jesteśmy wolnymi podmiotami, to jest też „wyższa instancja duchowa”, której możemy się zawierzyć. Wygląda na to, że potrzebujemy połączenia tych dwóch elementów. Trochę jak ta struktura i agencja, o której ty mówiłeś, Marcinie, w kontekście Marksa. Z jednej strony mamy tę sprawczość, a z drugiej strony mamy poczucie, że jesteśmy zaopiekowani. Ty też, Bartku, mówiłeś o wewnętrznym napięciu w życiu osobistym i w życiu społecznym. Sądzę, że Opatrzność Boża byłaby odpowiedzią na to napięcie.
Marcin Kędzierski: Myślę, że jest jakiś powód, dla którego ludzie uprawiają sporty ekstremalne. Nie dlatego, że są bezpieczne, tylko dlatego, że dają im sens życia. Dla mnie rodzicielstwo jest takim sportem ekstremalnym, ale ja bym nie powiedział, że my mamy dzisiaj uciekać do życia rodzinnego i zamykać się tylko w takich małych przyjemnościach.
To zawierzenie może dotyczyć także wyjścia do lokalnej wspólnoty. Szukamy też wsparcia w przekraczaniu siebie i niekoniecznie budowaniu tylko swojej małej prywatności, ale też „lokalnej publiczności”, tzn. przestrzeni społecznej, gdzie możemy się zawierzyć.
Chcemy przekraczać tę granicę rodzinności, prywatności po to, żeby tworzyć taką przestrzeń, gdzie my się możemy zawierzyć innym, a inni mogą się zawierzyć nam.
Bartosz Brzyski: To, co dziś wydaje się radykalnie różne niż w przeszłości, to szybkość zmian. Często rodzice mają poczucie, że dziećmi trzeba się zaopiekować tu i teraz, dać im jak najwięcej uwagi, opieki kompetencji. Niekoniecznie myśli się o tym, że to jest taki okres, w którym trzeba wyposażać dziecko, żeby później poradziło sobie w rzeczywistości, której nie jesteśmy w stanie przewidzieć. To, co się dzieje wokół jest w sprzeczności z tym, co próbujemy robić. Próbujemy zapewnić bezpieczeństwo, a tak naprawdę nasze dzieci będą żyć w zupełnie innej rzeczywistości. Może zamiast ochraniać, to żeby czuć się bezpiecznie powinniśmy być takimi marynarzami na otwartym morzu, łapać fale i próbować sobie radzić ze sztormami i tego uczyć.
Marcin Kędzierski: Ja bym na to inaczej spojrzał z perspektywy rodzica.
Jeżeli nie zaznają bezpieczeństwa w dzieciństwie, to później będą miały ten deficyt bezpieczeństwa przez całe życie, nie będę miały tego punktu odniesienia. Kompetencje są ważne, ale one są wtórne, można się nauczyć wielu rzeczy w wieku dojrzałym, człowiek ma 70, 80 lat żeby się uczyć. Ale myślę, że jeżeli nie damy takiego poczucia głębokiego bezpieczeństwa dzieciom, ale właśnie takiego bezpieczeństwa relacyjnego to będzie im tego brakowało. To będzie zwiększało tylko ich poczucie niepokoju, chaosu i te tego sztormu w dorosłym życiu.
Nie jestem zwolennikiem takiej tezy, że powinniśmy dziecko wrzucać w sztorm, kiedy ma zaledwie parę lat, niech się hartuje. Właśnie nie, myślę, że powinniśmy dawać takie poczucie bezpieczeństwa relacyjnego, żeby ono umiało sobie później poradzić w tym świecie niepokoju. Żeby, miało doświadczenie tego domu, o którym mówiliśmy czy tego portu na wzburzonych falach.
Tekst powstał na podstawie rozmowy w podcaście Kultura Poświęcona – audycji Klubu Jagiellońskiego na czasy postchrześcijańskie, czyli takie, które chcą, ale nie potrafią zapomnieć o Bogu.
Polecamy również nasze pozostałe teksty
Łączy nas wiara w to, że trwały pokój nie jest tylko naiwnym marzeniem. To zaledwie część tego, co nas wszystkich angażuje w Gniezno1000.
Pokój to znacznie więcej niż brak konfliktu. To harmonia, która przenika wszystkie aspekty naszego życia. To wewnętrzna jedność. To wspólnota, która przekracza egoizm i partykularne interesy.
Doświadczamy wielu niepokojów. Słyszymy o kryzysach, wojnach i katastrofach. Żyjemy w niepewności i strachu. Boimy się o przyszłość.
Pokój jest darem Boga. Przerasta nasze siły i rozum. A jednocześnie jest naszym zadaniem, wymaga odwagi, wysiłku i wspólnej pracy.
To doświadczenie pozostawiło w nas marzenie o czymś trwalszym niż cykliczne spotkania, których uczestnicy są tylko gośćmi. Chcemy razem tworzyć wspólny dom.
Nasza historia rozpoczęła się od Prymasa Polski, który zgromadził nas wokół idei Zjazdów Gnieźnieńskich – cyklicznych spotkań w duchu dialogu na temat pokoju i przyszłości Europy.
Jesteśmy podzieleni i rozbici. Nie potrafimy budować trwałych relacji nawet z najbliższymi. Czujemy się samotni i bezdomni. Sami ze sobą nie umiemy żyć w zgodzie. Nie wiemy kim jesteśmy.
Wielu z nas współpracowało przy organizacji Zjazdów w poprzednich latach. W Gnieźnie doświadczyliśmy niezwykłej jedności, która narodziła się z zaangażowania we wspólny cel.
Tak narodziła się platforma współpracy chrześcijan Gniezno1000. Na fundamencie dziedzictwa Zjazdów budujemy dom – bezpieczny, przyjazny i otwarty.